W polskich muzeach łatwiej spotkać modę jako wspomnienie niż jako żywy język współczesności. Oglądamy dawne kroje, historyczne tkaniny i stroje z minionych epok. Rzadziej jednak dostajemy przestrzeń, która przygląda się modzie najnowszej – temu, jak ubieraliśmy się i projektowaliśmy już po transformacji, w Polsce ostatnich trzech dekad. A przecież był to czas ogromnej zmiany: społecznej, ekonomicznej, kulturowej i obyczajowej. Zmienił się nasz styl życia, sposób pracy, myślenie o ciele, kobiecości, statusie, codzienności i wolności.
Właśnie dlatego wystawa Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi wydała mi się tak bliska idei Leniart Studio. Pokazuje modę nie jako dekorację do rzeczywistości, ale jako jeden z jej zapisów – ślad przemian, emocji, aspiracji, niepokojów i wyborów, które kształtowały nas w ostatnich dekadach. W tym artykule przyglądam się wystawie przez własny filtr: piszę o projektach, które zatrzymały mnie najmocniej i markach, które po tej wizycie chcę śledzić dalej.
| Tytuł wystawy | Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć |
| Miejsce wystawy | Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi; ul. Piotrkowska 282, Łódź |
| Czas trwania wystawy | 13 czerwca 2026 – 3 maja 2027 |
| Charakter wystawy | polska moda XXI wieku czytana przez emocje, pamięć, tożsamość, historię, rzemiosło i przemiany społeczne |
O modzie, która nie chce być tylko trendem
Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć to wystawa, która prezentuje dorobek polskiej mody XXI wieku. Wśród prezentowanych marek i projektantów pojawiają się m.in. Gosia Baczyńska, Bizuu, Magda Butrym, Chylak, Le Petit Trou, Tomasz Ossoliński, MISBHV, MMC, ORSKA, Vanda Novak, Paprocki & Brzozowski, a także twórcy mniej oczywiści dla szerszej publiczności, ale bardzo ważni dla zrozumienia współczesnego języka polskiej mody.
To nie jest jednak wystawa ułożona według prostego schematu: projektant, sezon, trend. Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi świadomie odchodzi od takiego porządku. Zamiast tego pokazuje ubranie jako nośnik pamięci, emocji, tożsamości, historii politycznej, płci, folkloru, migracji i przemian społecznych.
I to jest dla mnie najciekawsze.

Bo ta wystawa nie próbuje udowodnić, że polska moda „dogoniła świat”. Ona pokazuje coś znacznie ciekawszego: że polska moda ma własne pęknięcia, własne wspomnienia, własne kompleksy, własne zachwyty i własne sposoby opowiadania o ciele.
Nie zawsze łatwe. Nie zawsze piękne w klasycznym rozumieniu. Nie zawsze użytkowe. Ale często mocno osadzone w tym, skąd jesteśmy i co próbujemy z tym zrobić.
Wystawa spójna z ideą Leniart Studio
Wyszłam z tej wystawy z poczuciem, że to, co robi Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi w skali instytucjonalnej, jest bardzo bliskie temu, czym ma być Leniart Studio w skali redakcyjnej.
Nie chodzi o samo pokazywanie marek. Chodzi o czytanie ich.
O sprawdzanie, kto za nimi stoi. Z jakiej historii wyrastają. Z jakich materiałów szyją. Jak pracują z ciałem. Jak rozumieją kobiecość, elegancję, rzemiosło, codzienność, pamięć i luksus. Co jest w ich projektach tylko formą, a co staje się opowieścią.
Moda bardzo często bywa sprowadzana do efektu końcowego: ładne, modne, drogie, znane, viralowe, pożądane. Tymczasem najciekawsze rzeczy dzieją się wcześniej. W decyzji projektowej. W wyborze tkaniny. W konstrukcji. W odniesieniu do historii. W tym, czy ubranie powstaje jako dekoracja, czy jako odpowiedź na coś głębszego.
Ta wystawa pokazuje dokładnie to: że ubranie może być kroniką. Może przechowywać emocje, klasę, dzieciństwo, politykę, religię, bunt, wstyd, dumę i potrzebę wolności.
A Leniart Studio chce być miejscem, które takie tropy zauważa.
Marki, po które pojechałam
Przyznam szczerze, że do Łodzi pojechałam z myślą o markach, których estetyka już wcześniej była mi bliska. Tomasz Ossoliński, Magda Butrym, Chylak, ORSKA, Vanda Novak – to były nazwiska i marki, przy których wiedziałam, że chcę zobaczyć obiekty na żywo.
Bo czym innym jest znać projekt ze zdjęcia, a czym innym stanąć przed nim w przestrzeni muzeum.
Zdjęcie często spłaszcza ubranie do kadru. Muzeum przywraca mu obecność. Widać ciężar tkaniny, proporcje, linię ramion, sposób prowadzenia konstrukcji. Można zobaczyć, czy projekt ma w sobie napięcie, czy tylko dobrze wyglądał w sesji.
Najmocniej została ze mną sukienka krawatowa Tomasza Ossolińskiego. Jest w niej coś, co bardzo lubię w modzie: dyscyplina i przewrotność. Klasyczny element męskiej garderoby zostaje przepisany na sukienkę, ale bez efekciarstwa. Nie chodzi o prosty gest „zobaczcie, to krawaty”. Chodzi o elegancję z przesunięciem. O formę, która ma pamięć klasyki, ale nie stoi przed nią na baczność.


Drugim projektem, do którego wracałam wzrokiem, była czarna suknia duetu Paprocki & Brzozowski z 2018 roku. Mój styl to zdecydowanie klasyka dopełniona mocnym, wyrazistym akcentem. I ta suknia jest dla mnie właśnie taką kwintesencją.
Czerń. Prosta, elegancka forma. A potem detal, który zmienia wszystko: wąż sunący po krańcu materiału, przy dekolcie i ramionach. Trudno nie pomyśleć o ogrodzie Eden, o Ewie, o pokusie, o kobiecości, która nigdy nie jest niewinna w sposób całkowicie bezpieczny.
To jest moda, którą lubię najbardziej.
Taka, która nie musi krzyczeć, żeby mieć siłę.
Moją uwagę przykuł też płaszcz projektu Tomasza Ossolińskiego oraz sukienka z klapkami marki Le Petit Trou.


Odkrycia z Łodzi: marki, które chcę śledzić dalej
Największą wartością tej wystawy nie były jednak wyłącznie nazwiska, które już znałam. Właściwe odkrycie zaczęło się tam, gdzie pojawiły się marki i projektanci mniej oczywiści. Tacy, przy których zatrzymywałam się dłużej nie dlatego, że miałam gotowe skojarzenia, ale dlatego, że coś w ich projektach zaczynało pracować dopiero na miejscu.
Wiktoria Łaskawiec: kolor, PRL i pamięć wzoru
U Wiktorii Łaskawiec najbardziej zaciekawiły mnie barwne motywy i nawiązania do polskiego rzemiosła, sztuki oraz wizualności lat 70. Na planszy wystawy pojawia się opowieść o inspiracjach z czasów PRL-u, m.in. porcelanowych figurkach, piosenkach Anny Jantar, pocztówkach z 1960 roku i młodych, modnie ubranych osobach słuchających jazzu. To bardzo konkretna, a jednocześnie emocjonalna mapa odniesień.
I właśnie to mnie w tym interesuje: nie retro jako estetyczny filtr, ale retro jako pamięć.
Wiktoria Łaskawiec buduje swój język wokół nostalgicznych opowieści zakorzenionych w polskiej sztuce i kulturze, korzystając z odważnych kolorów, wzorów inspirowanych malarstwem i designem lat 70. oraz lokalnej produkcji.

Jan /F/ Chodorowicz: kobalt, uniform i elegancja pracy

Jan /F/ Chodorowicz przyciągnął mnie kobaltowym kompletem, nieco nawiązującym do kowbojskiego stylu. Było w nim coś filmowego, ale jednocześnie bardzo uporządkowanego. Kolor był mocny, forma wyrazista, a całość miała w sobie rodzaj elegancji, która nie wynika z ozdobności, tylko z konstrukcji.
Warto wiedzieć, że centralnym pojęciem projektanta jest uniform i workwear, czyli ubranie rozumiane jako narzędzie pracy, marker zawodu i nośnik społecznej roli. Chodorowicz bada mundur, fartuch czy kurtkę roboczą nie tylko jako formę, ale jako zapis płci, klasy, zawodu i tożsamości.
To dla mnie bardzo ciekawe, bo moda użytkowa często bywa traktowana jako mniej „poetycka”. A przecież ubrania do pracy mówią o nas czasem więcej niż te wybierane na wielkie wyjścia. Pokazują rolę, którą przyjmujemy. System, w którym funkcjonujemy. To, czy ciało ma być chronione, ukryte, zdyscyplinowane, czy gotowe do działania.
U Chodorowicza podoba mi się właśnie to napięcie: między funkcją a estetyką, między codziennością a teatralnością, między ubraniem „do czegoś” a ubraniem, które zaczyna zadawać pytania.
Rad Duet: PRL, kryształ i polskość z błyskiem
Rad Duet był jednym z tych momentów wystawy, które przyciągały wzrok od razu. Komplet z sukienką, masywnymi okularami i kolczykami miał w sobie coś jednocześnie zabawnego, teatralnego i bardzo polskiego.
Szczególnie mocno zadziałało na mnie nawiązanie do czasów PRL-u i kryształów. Trudno nie pomyśleć o tych wszystkich ciężkich misach, paterach i szklankach, które stały w domach jako dowód elegancji, statusu albo po prostu „czegoś lepszego”. Kryształ był przedmiotem użytkowym, ale też rodzajem domowego spektaklu. Stał za szybą. Czekał na okazję. Błyszczał bardziej niż codzienność.
Rad Duet bardzo dobrze rozumie, że polskość nie musi być opowiadana grzecznie. Może być przetworzona, podbita, wyolbrzymiona, puszczona w stronę kostiumu, dragu, folkloru i haute couture.


Acephala: ciało widoczne i zasłonięte
Acephala urzekła mnie projektem sukienki, która była połączeniem kilku warstw. Z jednej strony prosty krój. Z drugiej – coś zaczynało się dziać, kiedy patrzyło się dłużej. Delikatna kratka, motyw kobiecego ciała, a jednocześnie przykrycie go kolejną warstwą materiału.
Dosłownie i w przenośni.
To był dla mnie jeden z tych projektów, które nie uwodzą od razu oczywistym pięknem. One raczej zapraszają do czytania. Ciało jest obecne, ale nie podane wprost. Kobiecość pojawia się jako obraz, ale też jako coś zasłoniętego, filtrowanego, może chronionego, może komentowanego.
Acephala to zdecydowanie marka łącząca minimalizm z eksperymentem, historią sztuki kobiet, feminizmem, lokalną produkcją i zrównoważonym podejściem. Jej kolekcje odwołują się m.in. do Aliny Szapocznikow, Louise Bourgeois, Pauliny Ołowskiej, Zofii Stryjeńskiej, Katarzyny Kobro i Magdaleny Abakanowicz.

I to czuć. Nie wprost, nie poprzez nachalny cytat, ale w sposobie myślenia o ubraniu jako o narzędziu rozmowy z ciałem, historią sztuki i kobiecym doświadczeniem.
Vasina: spódnica, która wyrwała mnie z przewidywalności

Na koniec Vasina. I tu muszę przyznać: to było dla mnie jedno z największych odkryć.
Niesamowicie wpadła mi w oko spódnica uszyta ze skrawków materiałów. Jestem fanką spódnic midi, ale też coraz częściej mam poczucie, że rynek podsuwa nam w kółko te same rozwiązania: satynowe spódnice, plisy, zakładki, „bezpiecznie ładne” fasony, które oczywiście działają, ale po pewnym czasie przestają cokolwiek mówić.
A tutaj nagle pojawiła się spódnica, która miała inną energię.
Nie była oczywista. Nie była wyłącznie dekoracyjna. Miała w sobie ruch, warstwowość, ślad pracy z materiałem i coś bardzo rzemieślniczego. Jakby skrawki nie były resztką, ale początkiem nowej formy.
Vasina to marka funkcjonująca na pograniczu mody użytkowej i projektowania artystycznego, łączącą geometryczne formy, kolor, teatralność, odniesienia do lat 70. i 80., doświadczenie sceniczne oraz pamięć rodzinnego rzemiosła, w tym przedwojennej pracowni gorseciarskiej babci projektantki.
I to jest chyba powód, dla którego ten projekt tak mnie zatrzymał. Był inny, ale nie pusty. Eksperymentalny, ale nadal zakorzeniony w materiale. Zaskakujący, ale nie oderwany od ubrania.
Dlaczego ta wystawa działa?
Ta wystawa działa, bo nie próbuje zamknąć polskiej mody w jednej estetyce.
Nie mówi: polska moda jest minimalistyczna. Albo ludowa. Albo romantyczna. Albo queerowa. Albo elegancka. Albo nostalgiczna. Pokazuje raczej, że polska moda jest polem napięć. Miejscem, w którym folklor spotyka się z klubem, PRL z luksusem, rzemiosło z technologią, prywatna pamięć z historią zbiorową.
Działa też dlatego, że pokazuje ubranie jako dokument.
Nie tylko jako stylizację. Ubranie może mówić o rodzinie, pracy, płci, klasie, dzieciństwie, aspiracjach, wstydzie, dumie i potrzebie przynależności. Może być przedłużeniem osobowości, ale też narzędziem zmiany. Czasem chroni. Czasem odsłania. Czasem pozwala wejść w rolę, której wcześniej nie miałyśmy odwagi przyjąć.
Podobało mi się również to, że obok marek dobrze znanych pojawiły się głosy mniej oczywiste. Właśnie takie zestawienie ma największą wartość. Bo nie buduje wystawy wyłącznie na rozpoznawalności nazwisk, ale na opowieści, którą te nazwiska i projekty wspólnie tworzą.
I wreszcie: ta wystawa działa, bo rzemiosło nie jest tu ozdobnym słowem.
Jest realnym językiem. Widać je w konstrukcji, tkaninie, hafcie, odzysku, pracy z resztkami materiałów, formie gorsetu, płaszcza, sukienki, biżuterii. Widać, że ubranie nie bierze się znikąd. Ktoś je wymyślił, skonstruował, uszył, przetworzył, osadził w historii i dał mu znaczenie.


Co zostawiło we mnie niedosyt?
Mimo że wyszłam z wystawy z dużą ilością myśli, miałam też dwa wyraźne niedosyty.
Po pierwsze, spodziewałam się większej liczby kreacji. Przy tak szerokim temacie i tak mocnej obietnicy, chciałam zobaczyć jeszcze więcej sylwetek, więcej materiałów, więcej fizycznej obecności ubrań. Może to naturalne, bo kiedy ktoś otwiera przed nami tak ciekawą opowieść o polskiej modzie, apetyt rośnie bardzo szybko.
Po drugie, część stylizacji była dla mnie trudna do zrozumienia. I mówię to świadomie, z pozycji osoby, która lubi modę, docenia eksperyment, ale jednak najbliżej mi do praktyczności i elegancji.
Nie wszystko, co konceptualne, do mnie trafia.
Nie zawsze rozumiem ubrania, które są podarte, mocno nieużytkowe albo tak dalece oderwane od codziennego ciała, że nie potrafię sobie wyobrazić, by naprawdę w nich wyjść. Wiem, że moda nie zawsze musi być praktyczna. Wiem też, że wystawa muzealna ma prawo pokazywać obiekty bardziej artystyczne niż użytkowe. Ale mój osobisty filtr jest inny.
Bliżej mi do myślenia Gabrielle Chanel: rewolucja tak, ale przez użyteczność. Innowacja tak, ale z wyrafinowaniem. Przesuwanie granic tak, ale w odpowiedzi na zmieniające się czasy i realne potrzeby ciała.
Chanel również wprowadzała elementy garderoby uznawane wcześniej za męskie. Robiła to jednak w sposób, który dawał kobietom swobodę, ruch, nową formę elegancji i praktyczność. To dla mnie ważne rozróżnienie.
Eksperyment, który zostaje tylko eksperymentem, bywa dla mnie mniej przekonujący. Eksperyment, który zmienia sposób noszenia, myślenia, poruszania się albo życia w ubraniu, interesuje mnie znacznie bardziej.
I może właśnie dlatego najbliżej zostały ze mną te projekty, w których forma spotykała się z funkcją. W których było napięcie, ale też ubranie. Opowieść, ale też ciało. Koncept, ale też materiał, który nadal można sobie wyobrazić w ruchu.
Dlaczego piszę o tej wystawie na Leniart Studio?
Bo Leniart Studio ma być miejscem, które nie pokazuje polskich marek jako przypadkowej listy linków.
Ma być mapą. Filtrem. Kolebką wiedzy o polskiej modzie, rzemiośle, projektantkach, projektantach i markach, które tworzą rzeczy z czasu, decyzji, materiału i własnego języka.
Wystawa w Łodzi robi coś podobnego w skali muzealnej. Zbiera rozproszone głosy i pokazuje, że współczesna polska moda zasługuje na archiwum, opis, interpretację i emocjonalną uważność.
To dla mnie bardzo ważne, bo polska moda często funkcjonuje w dwóch skrajnych trybach. Albo jako produkt: coś do kupienia, założenia, sfotografowania. Albo jako ciekawostka: coś ładnego, niszowego, wartego krótkiego zachwytu.
A przecież między tymi dwoma punktami jest ogromna przestrzeń.
Jest historia marek, rzemiosło, materiały, ciało, proces, decyzja projektowa. I to jest przestrzeń, którą chcę opisywać w Leniart Studio.
Nie interesuje mnie moda jako ciągła pogoń za nowością. Interesuje mnie moda jako język. Jako sposób opowiadania o tym, kim jesteśmy, skąd przychodzimy, co wybieramy i jak chcemy być obecne w świecie.
Dlatego Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć jest wystawą, o której warto mówić. Nie tylko dlatego, że pokazuje ważne nazwiska. Ale dlatego, że przypomina, że ubrania są bliżej naszego życia, niż czasem chcemy przyznać.




Czy warto zobaczyć tę wystawę?
Tak, szczególnie jeśli interesuje Cię polska moda nie jako branża, ale jako kultura.
To wystawa dla osób, które chcą zobaczyć, jak ubranie może opowiadać o współczesnej Polsce. O jej pięknie, napięciach, symbolach, kompleksach, prywatnych mitologiach i rzemiośle. Dla tych, którzy lubią wiedzieć, skąd bierze się forma, dlaczego projektant wybiera konkretny materiał i co ubranie mówi, zanim jeszcze zacznie być noszone.
Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać.
Nie wszystko trzeba rozumieć.
Nie wszystko trzeba chcieć założyć.
Ale warto zobaczyć, jak szerokim językiem mówi dziś polska moda. I jak wiele można usłyszeć, kiedy przestaniemy pytać wyłącznie o to, co jest modne, a zaczniemy pytać, co naprawdę zostało zapisane w ubraniu.

